Arek Gołaś. Można by rzec „człowiek – legenda”. Uwielbiany przez wszystkich, sam również darzył każdego szacunkiem. Jego śmierć wstrząsnęła całą Polską. Była to zresztą śmierć z tych, które bolą najbardziej. Bo przedwczesna, bo zbyt nagła, bo najkrócej mówiąc: niesprawiedliwa.
Arkadiusz Gołaś urodził się 10 maja 1981 roku w Przasnyszu. Swoją drogą moim rodzinnym mieście. Z tym Przasnyszem to zresztą był przypadek, gdyż rodzice Arka przebywali w Płoniawach na odpuście, kiedy siatkarz „zdecydował”, że warto by się urodzić. Szpital w Makowie Mazowieckim był w remoncie, w związku z tym „padło” na Przasnysz. I chociaż Arka z tym miastem łączy tylko to, nie ukrywam, że jestem z tego faktu ogromnie dumna.
Każde wakacje spędzał w Płoniawach u dziadków. Podczas jednych z nich, w wieku pięciu lat, miał poważny wypadek – spadł z wysokości na beton, uderzając głową, w wyniku czego doznał wstrząsu mózgu oraz pęknięcia czaszki. Dodatkowo od urodzenia chłopak cierpiał na płaskostopie, które powoduje znacznie mniejszą skoczność. To wszystko definitywnie przekreślało jego bycie sportowcem w przyszłości. A jednak…
Pierwsze siatkarskie kroki Arek stawiał w Szkole Podstawowej nr 7 im. Janusza Kusocińskiego, w rodzinnej Ostrołęce, pod okiem Renisława Dmochowskiego. Trener uważał jednak, że w Ostrołęce ciężko będzie zapewnić Arkowi odpowiednie warunki do grania, w związku z tym, skontaktował się zKrzysztofem Felczakiem w celu przeniesienia chłopaka do MOS Wola Warszawa. Stało się to w 1996 roku, piętnastoletni wówczas Arek opuścił rodzinne miasto i przeniósł się do Warszawy, gdzie kształcił się we wspomnianym MOSie. Pierwszy sukces przyszedł już dwa lata później, w 1998 roku, kiedy MOS Wola Warszawa zdobył Wicemistrzostwo Polski kadetów. Rok później zdobył brązowy medal Mistrzostw Świata kadetów oraz srebrny medal Mistrzostw Polski juniorów, natomiast w 2000 roku Mistrzostwo Polski juniorów. Rok 2000 był przełomowy również z innego powodu. Mianowicie Arkiem zainteresowała się drużyna PLS – AZS Częstochowa. W związku z tym od sezonu 2000/2001 zaczął on reprezentować barwy częstochowskich „Akademików”, co również owocowało sukcesami: trzykrotnym tytułem Wicemistrza Polski (2001, 2002, 2003), brązowym medalem Mistrzostw Polski (2004) oraz trzecim miejscem w turnieju Top Teams Cup (2002). Ponadto Arek osiągnął dzięki grze w AZS Częstochowa dodatkowy sukces: został dostrzeżony przez Ryszarda Boska, ówczesnego selekcjonera naszej reprezentacji i w 2001 roku otrzymał do niej powołanie. Później taką szansę otrzymał od Stanisława Gościniaka oraz Raula Lozano. I zdecydowanie ją wykorzystał. Wyrastał na ewidentnego lidera. Nazwany przez Zdzisława Ambroziaka siatkarzem o „atomowej zagrywce” i „stratosferycznym zasięgu” (362 cm w ataku!). W sezonie 2004/2005 reprezentował Polskę na włoskich parkietach, w klubie Sempre Volley Padwa. W czerwcu 2005 roku podpisał trzyletni kontrakt z Lube Banca Macerata. W międzyczasie menedżerem Arka został Ryszard Bosek.
21 lipca 2005 roku w kościele pw. Świętego Maksymiliana Kolbego w Częstochowie Arek stanął na ślubnym kobiercu ze swoją wieloletnią partnerką, Agnieszką Dziewońską. Początkowo miała to być data16 lipca, jednak ze względu na rozgrywany w Rzeszowie turniej kwalifikacyjny na przyszłoroczneMistrzostwa Świata, państwo młodzi zdecydowali o przeniesieniu terminu. Świadkami na ślubie byli ich najlepsi przyjaciele: Krzysztof Ignaczak oraz Magdalena Szymańska, żona Grzegorza Szymańskiego. Po weselu świeżo upieczeni małżonkowie wraz z Krzysztofem, Iwoną i Sebastiankiem Ignaczak wyjechali na weekend do Wisły. Gołaś pytany o podróż poślubną żartował, że na to przyjdzie czas po wrześniowych Mistrzostwach Europy, a dodatkowym warunkiem będzie powrót reprezentacji z medalem.
Młodzi państwo Gołaś wyjechali 15 września 2005 roku do Włoch realizować swoje plany i marzenia. Jak wiemy – nie dojechali. 16 września około godziny 7:10 na austriackiej autostradzie A2 w Griffen pod Klagenfurtem samochód prowadzony przez Agnieszkę z nieznanych przyczyn zjechał na prawą stronę uderzając w betonową ścianę. Arek zginął na miejscu, jego żona trafiła do szpitala w Klagenfurcie. Tego pamiętnego dnia cała siatkarska Polska pogrążyła się w żałobie. Nikt nie potrafił zrozumieć, dlaczego zdarzyła się taka tragedia. 20 września w Częstochowie odbyła się msza ku czci Arka. Obecny na niej Andrzej Gołaszewski, wiceprezes PZPS, zakończył swoje przemówienie słowami:
„Wszyscy sobie zadajemy pytanie, dlaczego właśnie teraz Arek musiał odejść? Widocznie Najwyższy Trener potrzebował go w niebiańskiej reprezentacji, gdzie będzie grać razem z takimi siatkarzami jak Hubert Wagner, Zdzisław Ambroziak, Aleksander Skiba”.
Dwa dni później, 22 września, w rodzinnej Ostrołęce miał miejsce pogrzeb tego wybitnego siatkarza. W obu miastach żegnały go tłumy. Pięknym, a jednocześnie jakże wzruszającym gestem była trumna niesiona przez przyjaciół, tych z boiska oraz z życia prywatnego: Krzysztofa Ignaczaka, Piotra Gacka,Grzegorza Kokocińskiego, Łukasza Żygadło, Piotra Gruszkę oraz Grzegorza Szymańskiego. Koszulka reprezentacyjna z numerem „16” spoczęła razem z Arkiem w grobie. Fantastycznie zachowali się również kibice, którzy w „najważniejszych” momentach uroczystości skandowali „Arek Gołaś, Arek Gołaś!”, jak to miało miejsce podczas kibicowania na meczach.
Koszulka z numerem „16”… Po śmierci Arka zarówno wszyscy reprezentanci Polski w siatkówce mężczyzn, jak i PZPS jednogłośnie podjęli decyzję o zastrzeżeniu tego numeru. Jednak FIVB oraz jej szef,Ruben Acosta, nie wyrazili na to zgody, tłumacząc się przepisami. Postanowiono więc, że słynną „szesnastkę” na koszulce otrzyma najlepszy przyjaciel Arka zarówno z boiska, jak i z życia prywatnego, Krzysztof Ignaczak. Który zresztą z numerem tym gra do dziś i w rozgrywkach ligowych, i reprezentacyjnych.
Na przełomie listopada i grudnia 2006 roku reprezentacja mężczyzn wywalczyła srebrny medal naMistrzostwach Świata. Właśnie tych, przez kwalifikacje do których został przełożony ślub Gołasiów, gdyż Arek walczył wtedy na rzeszowskich parkietach o awans na nie. I chociaż Arka nie było już „ciałem” podczas turnieju, wspomniany srebrny medal został mu zadedykowany, a siatkarze wyszli na podium w koszulkach z „16”. Raul Lozano w swojej autobiografii tak wspominał to wydarzenie:
„(…) nigdy nie czułem takich emocji jak wówczas, gdy stanęliśmy na podium i ściągnęliśmy dresy, wszyscy mieliśmy koszulkę z numerem 16. To nasz hołd złożony najlepszemu z nas wszystkich, Arkowi Gołasiowi, człowiekowi, którego nie zapomnimy.”
Dodatkowo 6 grudnia 2006 roku Arek został pośmiertnie uhonorowany przez ówczesnego prezydenta Polski, Lecha Kaczyńskiego, Złotym Krzyżem Zasługi za „wybitne osiągnięcia sportowe”. Warto również wspomnieć, iż w Ostrołęce powstała hala widowiskowo – sportowa nazwana jego imieniem, w której rokrocznie od 2006 roku odbywa się Memoriał Arkadiusza Gołasia.
Arek był niesamowicie skromnym człowiekiem. Potwierdzeniem zdają się być według mnie słowa, gdy w jednym z wywiadów zagadnięty przez dziennikarza: „Kadra Lozano, Macerata, ślub… Panie Arku, to chyba dla pana dobry rok?”, z nieukrywanym zawstydzeniem odpowiedział „Dobry. Tylko jeszcze blok trzeba poprawić…” Uwielbiany przez tłumy, gotowe pójść za nim na koniec świata. Ową sympatię kibiców zyskał sobie, oczywiście poza umiejętnościami prezentowanymi na parkietach, przede wszystkim tym, że sam był niesamowicie sympatyczny. Zawsze cierpliwie rozdawał autografy, pozował do zdjęć, do autokaru wsiadał z reguły jako ostatni. Był po prostu „ludzki”. I właśnie straty takich zwyczajnych, a jednocześnie wielkich ludzi zawsze bolą nas najbardziej…